Zawsze i na zawsze i w środku nocy jeśli mnie ktoś zapyta co mnie napędza do życia, odpowiem krótko?podróż, podróż w nieznane z bliskimi mojemu sercu osobami, z mężem, córcią z przyjaciółmi. Odkrywanie nowych dla mnie przestrzeni życia nadaje mu sens.

Podróże ratują mnie z jesiennych depresji, łaskoczą w pięty i przyspieszają tempa w życiu wiosną, rozleniwiają latem i nabierają mroźnego dystansu do świata zimą.

Podróże dają mi siłę na kolejne miesiące pracy, pozwalają mi zmierzyć się samej ze sobą. Uczą mnie pokory i szacunku. Namiętnie rozkochują mnie w życiu. Bez względu na to czy są bliskie czy też dalekie jak Meksyk.


?.Trzynastogodzinny lot leniwie wszystkim daje się we znaki. Nogi zaczynają puchnąć. Dopada nas wszechogarniająca nuda w samolocie. Pilot na mapach, pomimo oszałamiającej prędkości, z którą pokonujemy nasz lot, 800km/godz. wskazuje nieprzerwanie punkt nad oceanem. Niby już tak blisko a wciąż nad oceanem.

Kiedy przelatujemy nad Miami, zaczynamy w końcu czuć atmosferę wakacji. Widoki zapierają dech w piersiach. Co prawda ciężko dostrzec spacerujących po ulicach wielkich aktorów, ale błękit wody rekompensuje wszystko. Jeszcze chwila i lotnisko w Cancun jest już w zasięgu naszych opuchniętych stóp i wykrzywionych kręgosłupów.

Mglisto, deszczowo i upalnie ciepło. Zamieszanie przy odprawie paszportowo celnej. Zakaz wwozu żywności respektuje od nas konfiskujący ją meksykański celnik. Oddanie kilku bananów i kanapek to nikła strata w porównaniu z grzywną i karą więzienia za nieprawidłową deklarację celną.

Zaczyna się ciekawie.

Jeszcze tylko walizy, walizki, torby i różowy wóz mojej córci i witaj Meksyku. Buenos dias Mexico.

Idąc tropem Martyny Wojciechowskiej ? kobiety na krańcu świata, zaczynają podróż do cywilizacji Majów.

Baza noclegowa całkiem przyjemna, hotel położony nad brzegiem Morza Karaibskiego łączącego się z Oceanem Atlantyckim. Lazur wody, śnieżno-białe plaże, zieleń palm i wszechobecne hamaki, kojące nasze zmęczone podróżą plecy.

Kolorowe drinki z parasolką, świeże soki owocowe i warzywne. Mariachi i tacos na każdym rogu i towarzyszące im guacamole i salsa. Orzeźwiająca Corona z limonką w cieniu meksykańskiej restauracji skrywająca upał 35 stopni Celsjusza. To wszystko sprawia, że czuć odległość od domu.

Grudzień. Zaledwie kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Jakże trudne do zdefiniowania w naszych umysłach połączenie przystrojonych choinek, porozwieszanych wszędzie lampek, bombek  czy ustawionych stajenek bożonarodzeniowych  pośród palm. I do tego ta temperatura, kompletnie pozwalająca zapomnieć o istnieniu śniegu, mrozu, w ogóle zjawiska zimy. Ozdoby świąteczne panoszą się na równo przystrzyżonych zielonych przydomowych trawnikach, gdzie na leżakach i hamakach wypoczywają po pracy domownicy.

Po ulicach mkną ogromne amerykańskie dodge i wielkie ciężarówki, meleksy, turyści na rowerach i furmanki konne. Na chodnikach  w krótkich smugach cienia schronienia szukają bezpańskie psy. Mięsiste i jędrne pośladki Meksykanek falują w rytm  powiewającej na wietrze flagi. Kolorowe elewacje domów tworzą barwną meksykańskość.

I w tym wszystkim my, ja, Julka i Aneta?zagubione w odległej przestrzeni.

W porównaniu z Kubą Meksyk w mojej opinii wypada trochę blado;-) Ale to pewnie dlatego, że Kubę odwiedziłam jeszcze za czasów głębokiej komuny i dlatego jej obraz w moich oczach jest przerysowany.

Meksyk opanowali Amerykanie, większość rzeczy, miejsc i wszelkich udogodnień dla turystów podyktowana jest kulturą amerykańską. Nawet hotelowa kuchnia w swych wyborach kieruje się amerykańskim podniebieniem. Oczywiście z ogromną stratą na rzecz meksykańskich specjałów.

Plusem Meksyku jest  rękodzieło. Piękne, unikatowe, zjawiskowo naturalne. Pracochłonne i twórcze. Kolorowe. Prawdziwie meksykańskie.

W poszukiwaniu Meksyku w Meksyku odwiedzamy lokalne restauracje, degustujemy smaki meksykańskiej kuchni. W rytmie przygrywających mariachi, najzwyklejsze tacos smakuje wybornie. Pomidorowa salsa tak pikantna, że pali kubki smakowe pozostawiając po sobie wyśmienity smak soczystych pomidorów. Aż w końcu królowa dań enchilada z kukurydzianej tortilli nafaszerowanej kukurydzą i mięsem, oprószona papryczką chilli i świeżą kolendrą. Mniammmm.

Specjały kuchni meksykańskiej to przede wszystkim potrawy na bazie torlilli, zarówno tej kukurydzianej jak nachos, podawane jako przekąski z serem oraz tortilli pszennej i burrito z fasolą i ryżem.

Dla tych co na diecie polecam ceviche ? sałatkę z owocami morza, co właściwie jest bardziej surową rybą zamarynowaną skropionym sokiem z limonki z odrobiną cebuli i papryki. Na samo wspomnienie cieknie mi ślinka. Taki obiad oczywiście koniecznie popijamy Sangrią albo jednym z setek smaków Margarity. Wieczorem delektujemy się mochitto i w dalszym ciągu smakujemy margaritę;-) I znowu mariachi;-)

Wieczorne animacje hotelowe, całkiem przyzwoite. Śmieszne animacje. Jednym słowem turysta w hotelu na pewno nie będzie się nudził. Przy plaży, pomost i katamarany do dyspozycji gości. Siatkówka plażowa i hamaki. Basenowy szał a w nich bary z margaritą. Błękit morza i biel piasku. Raj.

A co poza hotelem?

Tu właśnie zaczyna się Meksyk.

Biedne, zaniedbane wioski. Z bałaganem przed domem. Wychudzone psy z wyleniałą sierścią. Brudne dzieci na podwórkach kopiące piłkę. A to wszystko gdzieś pośród dżungli. Potomkowie indiańskich ludów Majów z dziedzictwem osiągnięć cywilizacji. Dziś grający skórzaną piłką w nogę. A to przecież ich pra, pra, pra ? dziadowie budowali pierwsze kamienne boiska do gry w piłkę. Tworzyli monumentalne zespoły przestrzenne złożone ze świątyń na wysokich piramidach schodkowych.

To właśnie tutaj w małej miejscowości Coba, na półwyspie Jukatan, setki tysięcy lat temu powstało miasto Majów. A w okresie największej jego świetności zamieszkiwało je ponad 50tys. osób. Typowe miasto Majów pełniło rolę świątyni, ośrodka ceremonialnego. Było też ośrodkiem politycznym i targowiskiem.

Do Coby podjeżdżamy wynajętym busem. Przewodnik udziela nam kilku wskazówek bezpiecznego poruszania się po dżungli. Zaopatrzeni w wodę decydujemy się na wynajęcie rikszy. I jak się później okazuje nie są to stracone pieniądze;-).

Droga przez dżunglę kręta i długa. Miły, prawie wcale nie mówiący po angielsku pan Rikszarz, wesoło napędza swój pojazd co chwilę powtarzając dobdzie, dobdzie;-). Pewnie byłaby spora szansa na darmową legendę gdyby tylko któraś z nas władała hiszpańskim. A tak w głupkowatym nastroju uśmiechamy się pełną gębą do naszego kierowcy i chłoniemy atmosferę majańskich świątyń.

Na szczęście słońce prawie wcale nie przedziera się przez gęste zarośla dżungli, panuje przyjemny chłód. Droga, którą zmierzamy do celu okazuje się być fragmentem najdłuższej 100km brukowanej ?sacbeob? łączącej Cobę z Yaxuna.  Po drodze mijamy mniejsze budowle i ruiny piramid Majów rozproszone na obszarze 70km2.

Do celu jednak wciąż daleko. Krótki przystanek, łyk wody. Głowa kręci się jak w zegarku w poszukiwaniu wizualnych wrażeń. Chwila i już Julcia huśta się na lianie. Niewiarygodnie elastyczna część drzewa daje nam mnóstwo uciechy i zabawy. Nawet ja próbuję pohuśtać się na niej. Mega relaksujące zajęcie;-)  Od razu staję się małym dzieckiem. I chcę tu zostać. Nie jadę dalej;-) A do najwyższej piramidy schodkowej Majów na Jukatanie wciąż daleko. Szczerze dziękuję, że zdecydowałyśmy się na rikszę. Pieszo byłaby to nie lada wyprawa.

Nagle naszym oczom ukazuje się Nahoch Mul, najwyższa antyczna budowla Majów. Czterdzieści dwa metry wysokości. Imponująca, sięgająca wierzchołkiem chmur. W samym środku dżungli. Jej stopnie nierówne, porośnięte dziką roślinnością, wysokie i niebezpieczne.

I niestety tłum ludzi wchodzących w górę i schodzących w dół psujący obraz potęgi architektury. Już z daleka wydaje się niedostępna i trudna. Stojąc u jej podstawy czuję, że jest przerażająca. Mimo wszystko, podejmujemy próbę zdobycia jej. Krok nierówny, niestabilny. Mimo tego dalej do przodu. Spoglądam na twarze osób schodzących w dół i widzę tylko strach. Myślę sobie czegóż oni się tak boją?? Owszem nie są to ruchome schody ale da się iść.

I w tym samym momencie postanawiam obejrzeć się za siebie. I to był błąd;-(

Strach ścina mnie z nóg. Paraliż. Matko jak wysoko, pionowo w dół. I nagle zaczynam rozumieć wszystkie te grymasy twarzy mijanych turystów. Boże, jak tu teraz zejść? A w głowie czarny scenariusz. Zemdleję. Przede mną 120 schodów do pokonania. Z tyłkiem na kamieniu ześlizguję się stopień po stopniu. Gorąco.  Serce wali jak oszalałe. Ręce drżą, nogi jak z waty. Mam wrażenie, że schodzę już kilka godzin. Opornie wolno, ślimacze tempo dodatkowo dyktuje kolejka schodzących przede mną turystów.

W końcu stawiam swoją stopę na równym podłożu. Oddycham z ulgą. Padam w ramiona mojej córci. I tuląc ją mocno w swych ramionach spoglądam na Nahoch Mul z szacunkiem i podziwem dla jej wielkości.

W drodze powrotnej odwiedzamy miejscową knajpkę serwującą sok kokosowy w łupinach owocu. Smakuje pysznie. Czym prędzej opróżniamy też zawartość łupin by móc jeszcze schrupać świeży miąższ owocu. Błogostan. W promieniach zachodzącego słońca  czekamy na transport do domu. Podziwiamy rękodzieło na placu targowym. Zachwycając się niemalże każdym oglądanym przedmiotem.

Zafascynowani antyczną architekturą postanawiamy odwiedzić jeszcze jedno prekolumbijskie miasto Majów, Tulum.

Z Pueblo Tulum, małej rybackiej wioski wyruszamy w poszukiwaniu ruin Majów. Tym razem droga nie jest długa i kręta, za to kompletnie pozbawiona jakiegokolwiek cienia. Na szczęście nasz przewodnik i tym razem zadbał o nasze bezpieczeństwo zachęcając do zabrania ze sobą nie tylko wody mineralnej ale i parasoli.

Spacerujemy w południe. Słońce w zenicie. Temperatura pewnie przekroczyłaby wskaźniki europejskich termometrów. Upał.

Wychodzimy na plac, po którym rozsiane są resztki starych budowli. Jakieś skromne fundamenty i tylko gdzieś w oddali naszym oczom ukazuje się przepiękna świątynia. Podchodząc bliżej widzimy potężne ruiny miasta Majów, otoczone murem, położone na 12metrowym klifie Morza Karaibskiego, które wzbudza w nas zachwyt.

Nasze oczy rejestrują piękno tego miejsca. Wszechogarniający nas podziw pozwala zapomnieć o temperaturze. Przewodnik opowiada o wieży strażniczej najprawdopodobniej pełniącej funkcję latarni morskiej. Pokazuje El Castillo –  świątynię zstępującego Boga z płaskorzeźbą pszczół. Na ogromnych głazach wylegują się wiekie jaszczury i legwany. Wcale, a wcale nie zwracające uwagi na fotografujących je turystów.

Antyczne ruiny osadzone w tle błękitnego nieba i turkusowych barw Morza Karaibskiego dają wrażenie estetycznego raju. Nieskończoności i podobnie jak w Cobie potęgi i szacunku dla dawnej cywilizacji.

Dla tych wrażeń wato tu przyjechać.

A o rybach, parku rozrywki, wyprawie do Playa del Carmen o hamakach i o tym co przywieźć z Meksyku, opowiem następnym razem.

k.