Bieszczady, pokochałam sercem już wtedy kiedy poznałam topografię Polski. Położenie miejsca na końcu świata mogło oznaczać tylko jedno, raj. Takie niebo na ziemi. Wszak odległe od mego miejsca zamieszkania ale niezmiernie kuszące prostotą i to nie tylko krajobrazu. Wszystko zbędne w obliczu piękna przyrody.

Jakże długo przyszło mi na ten cud natury czekać wiem tylko ja.
38lat na karku, w dorobku dziesięcioletni staż małżeński i śliczna trzyletnia mądrala. Raj na ziemi. Moje własne szczęście. I uwierzcie mi, że nie jeden raj i nie jedno szczęście udało mi się w życiu już dogonić. Ale na Bieszczady przyszedł czas dopiero teraz.
Dziś mam szansę przeżyć je prawdziwie.

Bez pośpiechu, świadomie. Kontemplować wśród bieszczadzkich połonin. Zbierać rozczochrane myśli popijając kawę o poranku, w przerwach zerkając na szczyt Tarnicy. Cieszyć mogę się promieniem wrześniowego słońca smagającym moje blade policzki. Mając córkę u boku, uczę się jak być znowu dzieckiem. Prosto, bez zbędnych komentarzy. Czuję każdą minutę, każdą chwilę mojego prywatnego bieszczadzkiego raju.

Dojechać tu to był nie lada wyczyn…

Tak jak droga przez pół Polski przeszła bez większych przeszkód, tak druga połowa okazała się naprawdę ciężka. Nawigacja prowadziła mnie przysłowiowo od Sasa do lasa i przez pełne 3 godziny ciągle do celu brakowało mi 200km. Czułam już kres naszej podróży ale licznik wciąż nieubłaganie pokazywał brakujące 200km. Zmieniło się dopiero koło Przemyśla i nasza podróż nabrała tempa.

    Bieszczadzka pętla zapraszała nas swoim naturalnym pięknem…

Wołała serpentyną barw w swoje progi. Prowadziła nas tęsknota za rajem.

Lutowiska przywitały nas ciepłym letnim słońcem. Przełom sierpnia i września otworzył przed nami słoneczne barwy górskich połonin. Jak tutaj pięknie.

Nawet Julka zdradziła przede mną swą dziecięcą wrażliwość wykrzykując ? mamo zobacz jakie cudne krajobrazy?, by po chwili dodać ? o tam, tam widzę góry, mamusiu popatrz?. Nie dało się przemknąć bieszczadzką pętlą nie roniąc ani jednej łzy szczęścia. Naszego bieszczadzkiego szczęścia. Czułam, że los celowo wikłał ścieżki mojej ziemskiej egzystencji, by w Bieszczady dotrzeć dopiero teraz. Świadomie. By poczuć prawdę płynącą prosto z serca. By wzruszyć skałę, która we mnie drzemie. Dzisiaj, kiedy mogę bez cienia wstydu rozpłakać się ze wzruszenia. Kiedy świadomość siebie stanęła u bram szczytu, dając mi możliwość przeżywania. Rozumienia emocji. Poczułam, że Bieszczady stały się moją metaforą ucieczki przed światem. Nostalgicznie oddałam się w ich ramiona.

W Lutowiskach zatrzymałyśmy się na tydzień. Pogoda dopisywała. Plany ambitne. Zaraz po śniadaniu codzienny wymarsz w góry. Nosidełko, buty trekkingowe, peleryny w pełnej gotowości. A tu los kolejny raz krzyżuje nasze plany. Julka chora. Zaczynamy od zwiedzania szpitala?

Na szczęście nie jest aż tak źle? jeszcze nie?

Pierwszy dzień, nieśpieszny. Los rzucając nam kłodę pod nogi, nagle staje się łaskawy. Procedury szpitalne prędkie, kolejek brak, diagnoza optymistyczna. Leki wzmacniające odporność i antybiotyk w zapasie. Nie tracąc ani chwili dłużej, jedziemy do Uhercy Mineralnych, tam przesiadamy się do drezyny. Starą, nieczynną linią kolejową przemierzamy nasz pierwszy bieszczadzki szlak, podziwiając zmieniające się wokół nas krajobrazy.

Sześciokilometrowa trasa co niektórym daje się we znaki. Zmęczenie sięga zenitu. Na szczęście na horyzoncie widać stary, zniszczony budynek nieczynnego od wieków dworca kolejowego, to nasz przystanek końcowy. A tam, niemalże jak na szlaku transsyberyjskiej kolei, zaparkowany wiekowy polonez, a z jego bagażnika babcinka sprzedaje własnej roboty, jeszcze cieplutkie, bajecznie pachnące, drożdżowe ciasto z rabarbarem. Mniam? i do tego kawa, herbata i kompot. Palce lizać. Łąka wokół usiana różnokolorowymi kwiatami zachęca do piknikowania. Siadamy. Rozkładamy nasze zmęczone ciała wprost na trawie. Pachnie latem, późnym latem. Cisza. Chciałoby się rzec, chwilo trwaj?

W drodze powrotnej zahaczamy o Solinę. Imponująca budowla. Patrząc w dół zaczyna kręcić mi się w głowie. Turkusowy kolor wody zdradza w jej wnętrzu obecność karpi gigantów. Jeden taki spokojnie wystarczyłby na kolację dla całego pułku wojska. W oddali żaglówki? I wszystko byłoby fajnie gdyby nie dziki tłum turystów rozdeptujących to ciekawe miejsce. Kiczowatość straganów, chińskich wężyków, góralskich kapeluszy, bursztynowych stateczków, kubków, szklaneczek i innych pamiątek z całego świata uzupełnia komercyjny charakter Solińskiego pejzażu. Z ogromnym rozczarowaniem i smutkiem w sercu żegnamy Solinę i wracamy do Lutowisk.

Chata Magoda, nasza bieszczadzka kryjówka przed światem. Urokliwa. Z przestronną werandą z widokiem na bieszczadzki szczyt Tarnicy. Wieczorami, niebo tutaj ma zupełnie inny wymiar. Gwieździstość Bieszczadów powala. W życiu nigdzie indziej nie widziałam takiego rozświetlonego nieba. Naprawdę robi to na nas ogromne wrażenie. Na ganku, koce, miękkie fotele i ta niebywała cisza. Magoda, to fajne miejsce. Wejście, jak do zaczarowanego ogrodu, baldachim winobluszczu skrywa proste drewniane wrota do wnętrza, niezwykle bogatego. Historia mebli nie jest przypadkowa, a wszędobylski styl ?hand made? wypełnia ciepłem każdy kąt Chaty Magoda. Rękodzieło, jako sztuka sama w sobie nadaje charakter wnętrzu. A brak tanich kiczowatych obrazków kompletnie niezwiązanych z miejscem, pozwala czuć się jak we własnym domu.

Jedzenie w Bieszczadach jest proste i smaczne. Woda źródlana, która płynie w wiejskim wodociągu, sprawia, że zupy smakują wybornie, jak w najlepszych restauracjach. Produkty ekologiczne, z własnych ogrodów przypominają naszym kubkom smakowym o ważnym pojęciu ?smak?. Tak, w bieszczadzkiej kuchni na pewno odnajdziemy smak. Prosto i smacznie i niczego więcej nie trzeba. Rozkosz?

Atmosferę w Chacie Magoda tworzą ludzie. Ci którzy tu przyjechali, jak i sami gospodarze, Jagoda i Maciek, którzy zadbali o to by wspólnie kontemplować posiłki. To bardzo integruje, pomaga. Troska i zainteresowanie człowiekiem, obcym człowiekiem to prawie archaiczne już wartości. Tutaj w Magodzie, wskrzeszane przy każdym śniadaniu i kolacji. Piękne.

W Magodzie są też psy, 3 psy, łagodne jak baranki. Wylegujące się w promieniach słońca na ganku. Leniwie spoglądając proszącym wzrokiem, ?podrap mnie za uszkiem?. Miłe, uczące wrażliwości i empatii.

No i ta weranda? mogłabym na niej zamieszkać;-) 

Bieszczady to dziewicze tereny, bez reklam przy drodze, zbędnej infrastruktury, bez sztucznych kolorów i ludzkich tłumów. Wyciszone, ale broń boże nie nudne.

Różnorodność bieszczadzkich szlaków jest tak duża, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. I to naprawdę działa na plus. Pochorowałyśmy się strasznie z Julką podczas tego wyjazdu, a i tak udało nam się zaliczyć kilka tras. I o ile u Julki choroba skończyła się na domowej roboty soku z czarnego bzu tak ja musiałam sięgnąć po antybiotyk. Żal był o tyle ciężki, że pogoda nam dopisywała?

Momentami chciałam modlić się o deszcz, przynajmniej nie byłoby szkoda;-)

Chore, lecz pełne entuzjazmu ruszyłyśmy górskim szlakiem podziwiać połoninę wetlińską. Cel pierwszej wędrówki podpowiedział rozsądek. Idziemy tam gdzie ludzie, bo przecież jakby co to pomogą?

Wędrówka, nie ukrywam nie należała do łatwych, chociaż sama trasa, przyjemna i prosta. Spokojnie małe dzieci dadzą sobie radę. Moje założenie było takie, że trzyletnia Julka zaczyna samodzielnie przemierzać górskie ścieżki. Że niby o własnych siłach? ale okazało się, że te kamyczki, rzekomo tak utrudniały jej drogę, że skończyło się jak zwykle? w nosidełku na plecach mamy.

Wybrałyśmy szlak z przełęczy Wyżnej. Ze względu na palące słońce okazał się trafnym wyborem. Większość trasy pokonuje się leśną ścieżką w cieniu drzew. Dopiero ostatnie podejście około 20min. prowadzi przez połoninę w pełnym słońcu. Nam słońce grzało z maksymalną siłą, co stanowiło dla nas dodatkowe utrudnienie. Julka samodzielnie zrobiła kilka krótkich podejść, niestety później nóżki odmówiły jej posłuszeństwa;-) Moje nogi też wołały o pomoc ale mnie na ręce nie miał kto wziąć. Mimo wszystko dałyśmy radę.

Widoki na górze okazały się cudowne. Byłyśmy tam tylko my oraz garstka innych wędrowców i długo, długo jeszcze nic. Pasmo gór, porośnięte niską roślinnością, trawami i kwiatami. Oj, sporo czasu leżałyśmy na tej górskiej łące? nostalgicznie wpatrując się w błękitne niebo. Górskie dzwonki fioletem barw raziły w oczy. I ta cisza wokół nas. I tak sobie leżałyśmy i odpoczywałyśmy i popijałyśmy herbatkę wprost z termosu. Nie wspominając o kanapkach, które na świeżym powietrzu i w takim otoczeniu smakują najlepiej na świecie.

Mam nadzieję, że Julka też pokocha góry tak mocno jak ja. I, że co roku razem będziemy planować wspólne wypady. A jak nie?? Wolę tak nawet nie myśleć. Na razie bardzo jej się podoba. A to jest dobry znak.

Kolejne dni naprzemiennie spędzałyśmy, a to na górskich szlakach, zdobywając chociażby Dwernik Kamień czy Jaskinię w Rosolinie, a to korzystając z wszelkich innych dostępnych form rekreacji, turystyki, sztuki czy rozrywki. A jest tego sporo w tym zakątku Polski. Wszechobecne formy artystycznych wybrzuszeń są do podziwiania praktycznie na każdym rogu. Począwszy od drewnianych Cerkwii, bieszczadzkich kolejek wąskotorowych, leśnych zoo, po swojskie przetwory, zioła, soki. Poprzez rzeźbę, malarstwo, aż po kunsztowną biżuterię. Bieszczadzka muzyka niesie w sobie spokój i wolność. Każdy z jej dźwięków przybliża i oddala zarazem przestrzeń idealną. Taką wewnętrzną tęsknotę za życiem tu i teraz. Ludzie Bieszczadów choć nieufni na dłoniach oddają swe serca. A piękno natury zespala to wszystko w idylliczny obraz chwili.

Zapraszam Was w Bieszczady. Tylko tutaj można odnaleźć swój kawałek nieba, na wyłączność.

Ja swój znalazłam?

k.